Nie wiem, co mam robić.
Odnoszę dziwne wrażenie, że nikt mnie nie potrzebuje. Nikt nie przybiega do mnie co minutę z jakąś niesamowicie ważną sprawą.
Na przykład, że zgubił latarkę, a jeszcze wczoraj była w plecaku.
Albo, co będzie na obiad.
Albo, kiedy będzie podwieczorek.
Albo, czy pójdziemy na plażę.
Albo, kiedy pójdziemy do miasta.
Albo, czy będzie gra nocna.
Albo, druhno, przytul mnie, bo ja chcę do mamy...
Nie mam już dnia zaplanowanego co do minuty, z tygodniowym wyprzedzeniem. W związku z tym (no i deszczem) zupełnie nie wiem, co mam robić z pozostałymi pięcioma dniami urlopu.
I jeszcze ten mętlik w głowie. Każda moja ręka i noga potrzebuje psychologa. Albo lepiej - księdza.